Okazuje się, że i bez cukru można nieco "zdezynfekować" organizm :-D, wystaczy dobra wiskey, cola zero, lód i cytryna ;D.
A tak na poważnie to z moich ostatnich obserwacji, całkowicie inaczej podchodzi się do jedzenia, jeśli ma ono stanowić "lekarstwo" a nie przyjaciela, pocieszyciela czy środek na poprawę nastroju.
Psychologicznie, nagle jedzenie przestaje być hobby, ponieważ wybór jest mocno ograniczony.
Jeśli nie odczuwam głodu, nie myślę w ogóle nad tym co zjeść.
Cały czas jednak uświadamiam sobie jak bardzo jemy oczami. Jeśli coś leży "na wierzchu" impuls w mózgu mówi: "chwyć to", nawet wówczas jeśli jestem całkowicie najedzona. Dopiero świadomym, trochę zewnętrznym sterowaniem generuję myśl: "co do cholery, po co?".
Jest to dla mnie mega ciekawa obserwacja, zdecydowanie do wykorzystania w przyszłości. Mój patent z ostatnich dni: wszytkie niedojedzone resztki od razu przykrywam folią aluminiową (w przezroczystej wszystko widać, a chodzi o to, żeby nie było widać) i chowam do lodówki.
PS. Liczę na to, że dziś pojawi się przesyłka z tabletkami z młodego jęczmienia. Weekend minął mi ze sproszkowanym jęczniemiem (odrobina wody i soku z cytryny plus łyżeczka jęczmienia), myślałam że będzie lepiej a jest coraz gorzej, dziś odruch wymiotny mam już na samą myśl o tej miksturze..